Skip to content Skip to footer

Demony polskich miast

Wyobraź sobie, że wstajesz rano. Na śniadanie robisz swoją ulubioną poranną kawę oraz chlebek z najlepszymi dodatkami i świeżymi warzywami. Kuchnia wypełnia się zapachem gorącej kawy. Delektując się chwilą, włączasz „Kiss Cam” od Młodego Matczaka. W pewnym momencie wyglądasz za okno. Widzisz betonowy plac. Pamiętasz jeszcze, jak były na nim drzewa, ale niestety, „rewitalizacja” wszystko zmieniła. Rzeczywistość mieszkanek i mieszkańców wielu polskich miast tak właśnie wygląda.

Demony polskich miast – betonoza…

Kto z nas nigdy nie widział rozległych betonowych placów, niech pierwszy rzuci kamieniem. Z problemem betonozy spotykamy się od dziesięcioleci. W Rzeczpospolitej Ludowej, zwłaszcza w trakcie odbudowy Warszawy, zieleń odgrywała dużą rolę – PRL-owskie blokowiska zazwyczaj mają spore połacie zieleni oraz umożliwiają spacery. Niestety, już w PRL-u zdarzały się przypadki niszczenia miejskiej zieleni. Najgłośniejszym z nich jest zniszczenie rynku w Chorzowie w lipcu 1979 roku i wybudowanie w jego miejscu drogi krajowej. W latach 90. ten problem zwiększył się do niewyobrażalnej wcześniej skali. Niewidzialna ręka wolnego rynku pozwoliła na degradację środowiska naturalnego. Miasta większe, mniejsze, jak i wsie są skażone betonowym myśleniem. Beton oraz brak zieleni oznaczają poczucie kontroli nad przestrzenią miejską, ale niestety, skutkują także wielkimi ulewami i wzrostem temperatury w mieście. W miastach z betonu nie ma wolnego obiegu wody. Rewitalizacje parków, placów i ulic często kończą się wycinką drzew, zanikiem miejskiej zieleni oraz wyłożeniem betonowych płyt. Rynek w Skierniewicach, Stary Rynek we Włocławku i najbliższy mi rynek Łazarski w Poznaniu padły ofiarami takich właśnie zmian. Nowoczesne osiedla deweloperskie, maskowane banerami wielkopowierzchniowymi jako „wspaniałe dla rodzin” lub „zielone”, kryją pod tymi maskami betonozę i wycinkę zieleni, która dla osób mieszkających w miastach jest katastrofalna. 

W tym roku, 22 czerwca, przez Poznań przeszła wielka ulewa. Zalane piwnice, osuwisko na trasie Poznańskiego Szybkiego Tramwaju, czy zawalony dach jednej z nowych sal gimnastycznych to tylko część skutków. Tylko tego jednego dnia zanotowano 268 interwencji związanych z opadami deszczu. Dołóżmy do tego zalania z Krakowa, Nowego Sącza czy Torunia. Jeżeli to za mało, spójrzmy za naszą zachodnią granicę. W Niemczech w czasie powodzi trwających w lipcu zginęło 156 osób, a rannych zostało 670. To wszystko jest skutkiem zaburzeń lokalnego mikroklimatu spowodowanych właśnie betonozą. W najbliższej przyszłości możemy spodziewać się tylko i wyłącznie wzrostu częstotliwości występowania takich drastycznych zjawisk pogodowych.

i samochodoza

Jeden człowiek, przynajmniej jeden samochód, jedno miejsce parkingowe w mieście (najlepiej jak najbliżej miejsca docelowego i w cieniu) – takie przekonanie nadal panuje w świadomości wielu osób. Pomimo ogromnych starań osób odpowiedzialnych za przestrzeń miejską, nasze miasta nie są ulepione z gumy i nie potrafią magicznie zwiększać swoich powierzchni, aby pomieścić więcej pojazdów. Tworzenie miejsc poświęconych samochodom kończy się zagarnięciem terenów zielonych lub mieszkalnych. Od kiedy auta stały się powszechne, włodarze miast muszą odpowiadać na rosnące zapotrzebowanie na miejsca parkingowe. Oczekiwanie miejsca dla każdego pojazdu jest tak zakorzenione w naszej naturze, że usuwanie miejsc parkingowych nieraz spotyka się z oporem społecznym, a samorządowcy bardzo lubią się chwalić „rewitalizacjami”, podczas których nie zmniejszono ilości parknigów. Takie relikty starych czasów utrudniają adaptację miast do zmian klimatu. Myślenie tylko przez pryzmat samochodów jest nieefektywne oraz sprawia, że przestrzeń jest zagarniana przez nie w całości. W dobie kryzysu klimatycznego musimy postawić na transport zbiorowy oraz zielony. W wielu europejskich miastach (np. Barcelonie lub Oslo) w centrach lub na starówkach auta tracą swoją hegemonię i są z nich wyrzucane.

Czas na zieloną rewolucję

Mam nadzieję, że demony betonozy i samochodozy wreszcie uciekną na urlop (i z niego nie wrócą), robiąc miejsce dla nowości – zielonej rewolucji. Nasze miasta są przemęczone autami i wszechobecnym betonem, brakiem miejsc przyjaznym ludziom, czy w końcu – drzew. Brakuje przestrzeni, w których można (tak po prostu!) latem usiąść ze znajomymi. Ludzie niezależnie od wieku i płci protestują w różnych miastach, domagając się zwiększenia powierzchni zielonej i biologicznie czynnej. Protesty przeciwko wycince drzew w Stawiszynie, gotowanie jajecznicy w Skierniewicach (jako forma walki z betonowym rynkiem) czy tofucznicy w Poznaniu (tutaj również walka z betonozą), w którym miałem przyjemność brać udział, to tylko niektóre przykłady obywatelskiego sprzeciwu wobec betonu. Zielona rewolucja zachodzi w sercach i umysłach ludzi. Musimy przekuć ją w pragmatyczne rozwiązania. Aktywizujmy się, działajmy dla lepszego, zielonego jutra. W końcu „Amsterdam też kiedyś nie był Amsterdamem”. Przeczytałem to zdanie kiedyś w „Betonozie” Jana Mencwela i jest to według mnie dobry punkt wyjścia do rozmowy o betonozie, samochodozie i zaniku zieleni w miastach. Amsterdam też był kiedyś miastem, w którym dominowały samochody, ale ludzie naciskali i zmienili system na dominującą komunikację rowerową. W naszych miastach taka zmiana również wcześniej czy później będzie musiała mieć miejsce – coraz więcej osób używa komunikacji miejskiej (niestety pandemia koronawirusa odwróciła ten trend) oraz przesiada się na rowery. Zmiana nieuchronnie nadciąga i nasze miasta też to czeka, niezależnie czy tego chcemy, czy nie.

Bartosz „B1lsky” BILSKI

ŹRÓDŁA:
[1] https://www.pap.pl/aktualnosci/news%2C911947%2Crosnie-bilans-ofiar-powodzi-w-niemczech-zginelo-lacznie-156-osob.html
[2] Jan Mencwel, „Betonoza. Jak się niszczy polskie miasta”, wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2020

Dodaj komentarz