Skip to content Skip to footer

Niespodziewana szkodliwość bohaterki „Innej niż wszystkie”

Z okazji zbliżającej się premiery kontynuacji przygód Enoli Holmes z 2020 roku w reżyserii Harry’ego Bradbeera, przyjrzyjmy się bliżej motywie przewodniemu filmu – postaci pozornie pozytywnej, a w teorii feministycznej, czyli Innej niż wszystkie.

Po wielu dekadach serwowania nam kobiecych bohaterek, których rola ograniczała się do bycia ozdobą na ekranie, kino stwierdziło, że może czas wreszcie oddać kobietom pierwsze skrzypce i obdarzyć je nie tylko szczupłą sylwetką, ale także na przykład osobowością. I choć wiele dobra z tego wyszło (sztandarowym przykładem będzie tu chociażby Ellen Ripley z filmu Obcy – ósmy pasażer Nostromo), to niestety i na tym poletku kinematografia nadal ma wiele do zrobienia. Mianowicie twórcom zdarza się coraz częściej przechodzić z jednej skrajności w drugą.

Kino młodzieżowe – bezsprzecznie ważne, kształtujące młodego widza – zauważając zapotrzebowanie na bohaterki obdarzone czymś więcej niż tylko długimi nogami i burzą pięknych włosów, zaczęło kreować bardzo charakterystyczny typ protagonistek. Dziewczyny spódniczki zamieniły na spodnie, sałatkę na Big Maka, a na twarzy zamiast pudru przeważnie mają okulary. Tak oto narodziła się Inna niż wszystkie – bohaterka, która w latach dziewięćdziesiątych i wczesnych dwutysięcznych miała rację bytu. Dowodem są chociażby takie filmy jak: Cała ona (1999), Zakochana złośnica (1999), czy Sydney White i siedmiu nieudaczników (2007)produkcje cieszące się sporą popularnością, do których wraca się z pewnym sentymentem. Dziś jednak, w czasach, gdy postrzeganie kobiecości i wyrażanie własnego Ja ma mnóstwo twarzy i cały czas ewoluuje, bohaterka ta odbija się czkawką i w pewnych wariantach bywa wręcz szkodliwa.

Takim niezdrowym przypadkiem jest tytułowa bohaterka filmu Enola Holmes w reżyserii Harry’ego Bradbeera. Dziewczyna nie porusza się jednak po sterylnych korytarzach amerykańskiego liceum, gdzie popularni gracze rugby pastwią się nad grupką outsiderów czytających Nietzschego (mimo że w takiej scenerii postaci tego typu występują najczęściej). Naszej bohaterce przypadło żyć w wieku XIX, w którym, jeżeli przypatrzymy się dokładniej filmom kostiumowym, Innych też nie brakuje. Wiecznie zaczytana narzeka na cisnący ją gorset i zapiekle buntuje się przed wyjściem za mąż, a przy tym wszystkim jeszcze niechlujnie przygryza jabłko. 

Enola Holmes to rezolutna szesnastolatka, wychowana przez ekscentryczną matkę, którą również śmiało można określić, jako tę nieprzystającą do reszty. Rodzicielka w tajemniczych okolicznościach znika w dniu szesnastych urodzin córki. Dziewczyna, jak na Holmesów przystało – a warto nadmienić, że pochodzi ona z tych Holmesów – próbuje rozwikłać tę zagadkę i wyrusza w pełną przygód podróż, w której wręcz na każdym kroku jesteśmy świadkami jej „wyjątkowości”.

Bohaterka już samo imię ma niezwykłe. Enola – od tyłu alone – czyli sama. Czy istnieje bardziej znamienny sygnał zwiastujący nam indywidualność postaci?

Co jednak konkretnie charakteryzuje typ bohaterki „Innej niż wszystkie”? Zacznijmy od wyglądu; dziewczyna oczywiście o to nie dba. Nie nosi rękawiczek, kapelusz gryzie ją w głowę, nie ma żadnych obiekcji przed zakładaniem męskich ubrań, a jeżeli już ma włożyć elegancką suknię i – nie daj Boże – gorset, to tylko po to, by się ukryć. W dodatku po wywrotce na rowerze ani myśli, by chociaż wytrzeć brudny podbródek czy wyjąć liście z włosów. Nic z tych rzeczy! Mądre dziewczęta nie mają głowy do takich bzdur jak bycie schludnym! Ciało ma służyć, a nie wyglądać – jak mówi sama bohaterka: „Biodra służą do poruszania nogami” (z czym się akurat zgadzam). Niemniej takie usilne podkreślanie jej ignorancji względem prezencji utwierdza tylko w przekonaniu, że dziewczęta, które mają w głowie coś innego niż plan zdobycia męża, o wygląd nie dbają. Jest to oczywiście wierutną bzdurą. Myślę, że kobiety mają na tyle pojemny umysł, by nie musieć wybierać pomiędzy jednym a drugim, lecz równocześnie poświęcać uwagę obu tym aspektom.

Nie da się też nie napomknąć, że często twórcy wmawiają nam, że ich protagonistki należą do tych mało atrakcyjnych. Zwykle są to brunetki (rzadziej blondynki, bo te w utartej opinii uchodzą za bardziej atrakcyjne, co zapewne ma swe podłoże w ikonicznej postaci Marylin Monroe), o szczupłej sylwetce (ponieważ to pełniejsze kształty zwracają uwagę mężczyzn). Jednakże, o ironio, te nieatrakcyjne bohaterki zawsze grane są przez aktorki uważane za jedne z ładniejszych (często umieszczanych np. w urodowych rankingach, które niestety nadal istnieją), a ich „chuderlawe” sylwetki są jednymi z najbardziej pożądanych. Nie inaczej jest z Enolą, graną przez Millie Bobbie Brown – jedną z najpopularniejszych aktorek młodego pokolenia.

Priorytetem, wręcz fundamentem bohaterki Innej niż wszystkie jest oczywiście nieprzeciętna inteligencja, często objawiająca się błyskotliwą i ciętą ripostą. Enola ma odpowiedź na wszystko, ponadto jest niezwykle oczytana, ma świetną pamięć i zmysł detektywistyczny (to ostatnie zapewne rodzinne). Równie charakterystyczna dla tego typu bohaterki jest biegłość w stereotypowo męskich zajęciach, takich jak sztuki walki czy strzelanie z łuku, co – a jakże – dodaje jej wyjątkowości.

Bystrość umysłu doprawiona jest buntowniczą naturą (cecha popularna również wśród filmowych i książkowych indywidualistek). Protagonistka – jak wskazuje imię – jest s a m a przeciwko mężczyznom i patriarchalnym zasadom rządzącym światem. Enola ani myśli iść do szkoły dla młodych panien, nie chce się poddać warunkom narzuconym przez braci i ma odwagę jawnie się im postawić, a wręcz uciec z domu, by na własną rękę przeprowadzić śledztwo.

Ale oczywiście po tym całym kreowaniu silnej i niezależnej bohaterki, która protestuje przeciwko regułom męskiego świata, musi jeszcze zjawić się jakieś cud chłopięcie, bo przecież nawet najsilniejsza bohaterka musi się przy kimś zapowietrzyć. Na początku Enola wzbrania się rękami i nogami przed towarzystwem Lorda Tekewsburego (bo przecież jak już dać obiekt westchnień, to jakiś księciopodobny – tyle dobrego, że zjawia się on bez konia). Jednak z biegiem czasu – po odkryciu, że prócz ładnej buzi jej towarzysz ma też rozum – bohaterka zaczyna czuć do niego miętę. Jego za to intryguje jej – a jakżeby inaczej – inność na tle innych panien.

Potwornie smutnym zjawiskiem jest, iż w popkulturze bystre, inteligentne i oczytane dziewczyny nadal uważa się za te „odstające od reszty” czy też „jedyne w swoim rodzaju”. W kinie kostiumowym ma to jeszcze usprawiedliwienie z racji, iż przyjęte konwenanse często nie pozwalały młodym kobietom na rozwój i tylko nielicznym udawało się spełnić swe rzeczywiste marzenia. Niestety takie zjawisko obserwujemy również w filmach, w których akcja dzieje się w czasach współczesnych. To jawnie suponuje, że ta „reszta”, czyli większość kobiet, z natury nie grzeszy intelektem. Moim zdaniem w XXI wieku – w dobie powszechnego feminizmu i promowania siostrzeństwa – takie sugestie nie powinny mieć już miejsca.

I jeżeli już przy feminizmie jesteśmy, to nie da się ukryć, że bohaterki Inne niż wszystkie często niosą ze sobą ładunek feministyczny. Pokazują, że kobiety mogą walczyć o swoje, że nie muszą siedzieć cicho. W dzisiejszych czasach jednak, kiedy chcemy budować jedność pomiędzy kobietami, sprawa jest już bardziej skomplikowana. Bardzo trafnie skomentowała to Katarzyna Czajka-Kominiarczuk w swojej recenzji, w której zauważa też, że Enola, mimo kostiumu, wcale nie jest bohaterką z epoki.

[…] oglądając ten film miałam wciąż bolesne poczucie, że nijak nie umiemy opowiadać o niezależnych kobietach okresu, kiedy za niezależność płaciło się olbrzymią cenę. Enola jako młoda protofeministka, czy nawet niedorośnięta sufrażystka oczywiście świata nie zna – bo to najprostsze rozwiązanie – stworzyć z niej niemal dzikie dziecię. Kiedy spotyka się z wymaganiami społeczeństwa – odnośnie wychowania czy ubrania kobiet, odrzuca je bez refleksji – jako zupełnie obce – nie jest wszak dziewczynką XIX-wieczną, ale współczesną nastolatką w kostiumie. To rozwiązanie proste, bo nie czujemy tego dystansu pomiędzy nami a osobą, która patrzyłaby na świat spojrzeniem sprzed niemal dwustu lat. Boli zwłaszcza scena na pensji, gdzie wyraźnie pokazuje się nam fajną Enolę skonfrontowaną ze sztywnymi nudnymi dziewczynami – tworząc ten charakterystyczny dla wielu historii „feministycznych” wątek, gdzie jedynie ta „inna dziewczyna” jest dobra i ciekawa.

Tak jak Czajka-Kominiarczuk zauważa, kobiety ukazuje się tu bardzo zero-jedynkowo: albo jesteś silna, inteligentna i potrafisz się bić, albo jesteś „tępą pudernicą”, która jedyne co umie, to haftować. Uważam to za największą przywarę zarówno Enoli, jak i kreowania Innych niż wszystkie w ogóle. Przydałoby się odejść od podejścia, że te „męskie” zainteresowania są bardziej wartościowe i wyżej postawione niżeli damskie. To stawia „dziewczęce” dziewczyny w roli tych gorszych czy ograniczonych, a nie tędy droga. Kobieta mająca słabość do sukien i biżuterii, czy chcąca założyć rodzinę, może być tak samo silna i oczytana (a przede wszystkim wartościowa!), co samotnica znająca się na fechtunku. Dzisiejszy feminizm ma wiele twarzy i nie powinniśmy rysować kobiet tak grubą kreską, a już na pewno nie należy ich dzielić i kategoryzować.

Istnieją dwie wyraźne ścieżki zdrowszego poprowadzenia tego typu bohaterek. Pierwsza to większe zniuansowanie. Myślę, że świetnym przykładem jest protagonistka Gambitu królowej. Beth dysponuje ponadprzeciętnym talentem szachowym i inteligencją, ale jednocześnie ma słabość do mody i nie stroni od romansów. Zaciera ona stereotypy, będąc jednocześnie przy tym po prostu ciekawszą i bardziej wiarygodną postacią.

Drugą ścieżką jest postawienie Innym kontrapunktu. Tutaj trafnym przykładem będzie serial Bridgertonowie. Dziełu można wiele zarzucić, jednakże w mojej opinii jawi się ono o wiele bardziej w duchu współczesnego feminizmu, niżeli – reklamująca się takimi hasłami – Enola Holmes. Eloise – zdawałoby się modelowa Inna niż wszystkie – zostaje tu zestawiona z wieloma kobiecymi postawami: Penelopą, niezależną finansowo szarą myszką, której największym marzeniem jest wyjście za pewnego młodzieńca, czarującą Daphne, której cel życiowy to bycie nienaganną żoną, matką i panią domu oraz upartą Kate, dla której najwyższy priorytet stanowi opiekowanie się matką i siostrą. Mamy szeroki przekrój kobiecych postaw, z których żadna nie wydaje się lepsza czy gorsza od drugiej. Tworzą różnorodną grupę ciekawych postaci, z której widz sam może sobie wybrać, której najbardziej kibicuje, czy też z którą się utożsamia.

Myślę, że są to bohaterki, które o wiele lepiej pasują do dzisiejszych czasów. Tak więc, jeżeli nadal mamy ochotę poznawać odstające od reszty indywidualistki, polecałabym zapoznać się z dwoma ostatnimi tytułami, a produkcję Enola Holmes, z zero-jedynkowym poglądem na kobiecość, odstawić na półkę, najlepiej na tę z bajkami.

Dominika STACHOWIAK

Bibliografia:
Nadziak Patrycja, W poszukiwaniu siebie – „Enola Holmes” – recenzja filmu, 2020.

Add Comment