Skip to content Skip to footer

Reportaż z Lubina – polskie Minneapolis

Gdy widzisz rozwścieczony tłum, rzucający kamieniami i koktajlami Mołotowa, czujesz się nieswojo. Jeszcze bardziej nieswojo się czujesz, kiedy dzieje się to kilka kilometrów od twojego domu.

Demonstracje i pokaźne protesty odbywają się w większości dużych ośrodków miejskich. Mieszkańcy małych miast, którzy protesty znają tylko z działalności kilku osób, nie są oswojeni z zamieszkami. Jadąc na protest do dużego miasta, jestem przygotowany na wszystko. Nastawiam się na ewentualne zatrzymanie przez policję, wylegitymowanie czy wystąpienie nagłej, agresywnej reakcji zebranego tłumu. Ale nie w moim 70-tysięcznym Lubinie.

Przedsmak tego, co stało się w niedzielę, widziałem na strajkach kobiet. Pod sam koniec fali protestów, funkcjonariusze rozpoczęli spisywanie uczestników, kiedy zgromadzenia zostały zamknięte. Jednak nigdy nie spodziewałbym się, że w mojej małej ojczyźnie zobaczę uzbrojone służby, armatki wodne i butle z gazem łzawiącym.

Śmierć Bartka to tragedia. To tragedia przede wszystkim dla jego bliskich. To również kolejna porażka naszego państwa oraz aparatów władzy, jakimi dysponuje. Zawiodła policja, zawiodła pomoc społeczna, która powinna interweniować i pomóc uzależnionemu od narkotyków. To wydarzenie zapisze się w historii jako kolejne Waterloo polskiej policji. Kolejne, ponieważ to nie pierwszy raz, kiedy człowiek umiera po interwencji funkcjonariuszy. Tragedia Igora Stachowiaka nie była ostatnią taką sytuacją.

„Ulica wyraziła swój gniew.”

Ulica wyraziła swój gniew. To, co stało się w niedzielę, zasługuje na potępienie. Na próżno doszukiwać się olbrzymiego aplauzu, kiedy nad głowami w centrum miasta latają butelki z benzyną. Jednak można było tego uniknąć. Wystarczyło uczciwie zapowiedzieć wyjaśnienie sprawy. Wyjść naprzeciw, pokazać, że policjanci również mogą popełnić błąd. Tak się jednak nie stało.

W zamian dostaliśmy niespójność w przekazie policji, rozbieżność co do momentu śmierci Bartka, spisywanie zgromadzonych oraz liczne zatrzymania. Te ostatnie dotknęły osób, które nie były nawet uczestnikami zgromadzenia. Działania policji nie były skierowane ku uspokojeniu sytuacji. Wszystko zmierzało do jednego celu  zastraszyć obywateli tak, aby nawet niewinni bali się reperkusji niedzielnych wydarzeń na ulicy Traugutta. 

Gdy rozpoczął się protest, byłem w pracy. Wszystkie informacje spłynęły do mnie dopiero kiedy złapałem telefon po swojej zmianie. Wyobraźcie sobie moją minę, kiedy przeczytałem o koktajlach Mołotowa, rzucanych 500 metrów ode mnie. Od razu tam pojechałem. Choćby po to, aby być może zrobić zdjęcie w odpowiednim czasie i miejscu.

Trafiłem na moment powolnego wyłapywania zgromadzonych przez funkcjonariuszy. Wyczuli okazję do podbicia statystyk na koniec miesiąca. Spisywani byli nie tylko ci, którzy stali w tłumie. Policyjne łapanki zaczęły wykraczać poza obszar działań funkcjonariuszy. Co jakiś czas słyszałem krzyki z pobliskich blokowisk. Jak później się okazało, policja nie odpuściła nawet mieszkańcom, którzy zamieszanie obserwowali z obrębu swoich domów. Mnie również próbowano wylegitymować. Za to, że przechodziłem chodnikiem obok zamieszek. Moja znajomość przepisów i asertywność zniechęciła funkcjonariuszy do dalszych czynności wobec mnie. Inni nie mieli niestety takiego szczęścia.

„Co jakiś czas słyszałem krzyki z pobliskich blokowisk.”

W poniedziałek odezwali się do mnie znajomi trzech chłopaków, którzy wracali wieczorem do domu. W tle rozgrywały się zamieszki pod komendą. Żaden z nich nie brał udziału w zgromadzeniu. Zostali zatrzymani na 48 godzin. Wszystko przez to, że znaleźli się w złym miejscu i o niewłaściwym czasie. Jeden z nich nie został wypuszczony na następny dzień. Jego rodzice nie mieli z nim żadnego kontaktu. Dopiero gdy funkcjonariusze usłyszeli o zamiarach podjęcia interwencji poselskiej, przekazali informację, że chłopak zostanie przewieziony do Wałbrzycha. Z oczywistych względów, nie podaję danych osobowych. Podjąłem działania – będę pomagał niepełnoletniemu oraz jego bliskim w podjęciu sprawy na drodze sądowej.

Na usta ciśnie się jedno pytanie – quo vadis? Czy mozolne próby odbudowania zaufania społecznego do policyjnej formacji miały sens? Czy zastraszanie obywateli, którzy nie mogą być już pewni tego, czy nie zostaną zatrzymani, jest przykładem demokratycznego państwa prawa? Morderstwo Igora Stachowiaka miało stać się nową kartą w rozdziale polskiej policji. Był to moment, który powinien być żółtą kartką dla funkcjonariuszy. Czerwony kartonik otrzymali pod swoją komendą w Lubinie.

Trudno wybaczyć oszukiwanie, łapanki i trzymanie ludzi na kolanach pod płotem.

Patryk Spaliński

Dodaj komentarz